niedziela, 18 maja 2014

Klątwa Elizabeth-część 3

Sul sul,
dziś znów Klątwa Elizabeth, po wyjaśnieniach związane z klątwą jedziemy do Al Simhary. Jakie przygody nas tu czekają? Zobaczcie sami. Ostrzegam. Post jest krótki :P.

Uwaga! Nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za: błędy interpunkcyjne, ortograficzne i fabularne. Nic nie zmieniałam w historii. Niektóre treści mogą być nieodpowiednie dla osób młodszych. Czytasz na własną odpowiedzialność.

-Czemu myślisz, że do Egiptu.
-Czysta logika, słońce tam jest wielkie, jest plagą dla wędrowców  na pustyni. Skarb może oznaczać wiele grobowców z wieloma skarbami. Może to oznaczać złote piaski, pustynie. A woda... No to wiadomo, woda jest wytchnieniem dla podróżników, jeszcze wylewy Nilu były bardzo potrzebne do rozwoju kraju w rolnictwie i handlu...
-Jesteś pewna?
-No jasne.
Violett miała podobne przypuszczenia, że płonący owoc może znajdować się w Egipcie. Prawdopodobnie chodzi o Al Simhare, jest tam najwięcej grobowców i wiele artefaktów. Musieliśmy tam się tylko dostać. Co do naszej nieobecności w kurorcie to Violetta mówiła, ze się wszystkim zajmie. Więc by dostać się do Al Simhary potrzebowaliśmy samolot. Victoria znalazła jakiś tani i szybki samolot za dwie godziny. Dostaliśmy coś do jedzenie i trochę kasy, Violett powiedziała, że to nam wystarczy. Mieliśmy się spotkać z Teresą, jest jedną z czarownic z Czarnej Rady na terenie Egiptu, zajmuję się Al Simharą. Zmieniliśmy ubrania i odjechaliśmy taksówką na lotnisko.
Podróż zajęła 10 godzin. Cały czas spałam, w sumie dużo rzeczy teraz działo się w moim życiu. Gdy się obudziłam byłam bardzo wychudzona i blada. Klątwa. Gdy spałam śniła mi się Magda, mówiła do mnie. Powiedziała mi, że nie wiem o wszystkim co się stało. Jednak nie zmienia to faktu, że trzeba się spieszyć. Oczywiście gadała zagadkami, jak każdy przewodnik duchowy. Znaczyło jednak to tyle, że nie wiem o tej zdradzie przez którą jestem podjęta klątwą. Gdybym wiedziała to bym szybciej pomarła, a tak powoli i trzeba się spieszyć. Dotarliśmy do Egiptu. Z lotniska było ok. 50 km do Al Simhary, zdążyliśmy na autobus. Raczej przyczepę z kozłami, miejscowy nas podwiózł na obrzeża miasta. Jednak wciąż musieliśmy dostać się na targ.
-Mówiłam, że trzeba było zapytać kierowcę o drogę. Trzecią godzinę błąkamy się w tym słońcu.
-Moja wina? - nie dawała za wygraną. - Najpierw niech ci Egipcjanie pomyślą o drogowskazach.
Szliśmy dalej. Pepsi prawię nam się skończyła, a to była ostatnia butelka. Zauważyłam kobietę. Może umie rozmawiać w Simlish. Z kierowcą mogliśmy się dogadać tylko tyle: "Al Simhara". Gadał jak jakiś dziwak. Ciągle wrzeszczał.
-Spróbuję spytać o drogę.
Podeszłam do niej. Była trochę stara. Na wygląd 50.
-Przepraszam.
-W czym mogę pomóc.
Na szczęście umie gadać po naszemu.
-Wie pani gdzie targ? - starałam się mówić jak najmniej.
-Prosto, około dwadzieścia minut, jest tam dużo domów. Na pewno znajdziesz.
-Dziękuję.
Starsza pani odeszła w swoją stronę. Szłam dalej z Victorią.
-Gadasz po Egipsku? - powiedziała po chwili.
-Co?
-No... Jakoś się dogadałaś z tą babą. Jeszcze po Egipsku.
-Ja tam nie umiem mówić ich dziwnym bełkotem. Może to moc klejnotu?
-Może.
Victoria nie lubiła poruszać sprawę klątwy. Choć mówienie w różnych językach może być przydatne. Dostaliśmy się wreszcie (!) na targ. Całkiem duże tłumy.
-To jak znajdziemy tą całą Teresę?
-Bo ja wiem.
-Spróbuj się dogadać z tubylcem może znają ją.
-Co ja? Google tłumacz?
Podeszliśmy do jakiegoś straganu z grubym, typowym Egipskim facetem.
-Hejka pani, popatrz co ja tu mam! Nowe, wspaniałe, tanie chusty na takie ciepłe dni jak ten!
-Nie słuchaj go dziewczyno - odezwała się jakaś babka z sąsiedniego straganu.-On to by sprzedał własną matkę by zarobić. A te swoje chusty to se wsadź! Zgaduję, że znalazłeś je gdzieś na strychu i są 10 razy droższe niż były. Nie kupuj od Arnolda panienko, nie kupuj.
-A ty weź się zamknij tymi pomarańczami stara kro...
-Dobra, dobra. Kłóćcie się następnym razem. Szukam Teresy, podobno tu pracuję.
-Pracuję? Raczej się obija! EJ TY! TERESA! ZOSTAW TE SKRZYNIE I CHOĆ TUTAJ! ZNOWU COŚ UKRADŁAŚ KLIENTOM, BO COŚ CHCĄ!
-Zamknij się stary pierniku! Nic nie ukradłam! Sam okradasz biednych ludzi!
-Ostatni raz mówiłem! Jak będziesz tak się odzywać to cię zwolnię! Wynocha.
-A weź se wsadź ten swój stragan!
Niska kobieta rzuciła w niego czymś se skrzyń które właśnie rozpakowała.
-WON!!!
-Przepraszam, jesteś Teresa?
-Tak to ja. Pewnie jesteś Paulin. Chodź na górę. Jak to mówią u nas: "Drzewa mają uszy, a tragarze gumowe ucho".
Nie było to zbyt śmieszne powiedzenie, ale pewnie przydatne i prawdziwe. Zaprowadziła nas na górę po schodach. Znajdował się tam stolik, usiedliśmy.
-W czym mogę pomóc?
Teresa była trochę niska, miała czarne włosy i ciemne, niebieskie oczy. Włosy opięła w wysoki kok, dodawało to jej kilka centymetrów. Niebyła ubrana jak kobiety Egipskie, które widziałam na lotnisku. Koszulka i szorty. Jednak była opalona jak tutejsi.
-Czy wierz gdzie rośnie płonący owoc?
-Oczywiście.
-Czyli jej pomożesz - było to raczej stwierdzenie niż pytanie.
-Nie tylko jej.
-No tak. Ale w czym może pomóc mi, im i komuś tam jeszcze jakiś owoc?
-Ma on dużo magicznych właściwości. Jedną z nich jest ogień. Mówi się, że ogień powstał gdy pierwsi ludzie znaleźli płonący owoc. Po zjedzeniu go, pestki wyrzucili w pobliżu drzewa. Zapaliło się ono po chwili i powstał ogień. Głownie są o nim legendy o powstaniu ognia. Jednak ma on także właściwości lecznicze. Nie znam planu Violett jak ma ci ma pomóc, ale z tego co wiem potrzebuję go, by przybrać prawdziwą postać, więc musi to być silne zaklęcie. Raczej eliksir.
-Nic nie wiesz co ma zrobić?
-Nie wiem. Mam wam tylko dać owoc. Nie chce znać szczegół, ani czemu potrzebujecie naszej pomocy.
Teresa zakończyła rozmowę. Było południe, straszliwy żar lał się z nieba.
-Musimy gdzieś się skryć na kilka godzin. Zaprowadzę was gdzieś gdzie się skryjemy.
Zaprowadziła nas do domu rodziny Kamel. Salah Kamel była jedna z przewodniczących Czarnej Rady. Mieszkała niedaleko targu z synami. Teres poprosiła o nocleg dla nas.
-Teraz jest za ciepło, by przebijać się przez pustynię. A w nocy jest niebezpiecznie, lepiej poczekajmy do rana.
Pokazała nam plany grobowca przez którego będziemy musiały się przebijać po owoce. Jakby na targu niemożna było kupić tego owocka.
Salah powiedziała nam, że za bardzo wyglądamy na cudzoziemki, musieliśmy się przebrać w tutejsze ciuchy. Znalazła jakieś dwie sukienki dla nas. Ja wygrałam tą zieloną, Victoria niebieską. Dostaliśmy jeszcze chustki na te słońce. Zbliżała się pora kolacji. Usiedliśmy w salonie. Rozmawialiśmy o takich tam. Pogoda, widoki itp. Gdy rozwinęłam temat co będzie dalej Victoria niezbyt chciała mnie słuchać.
-Wiesz, jak wrócimy to może byśmy przeprowadziły. Co myślisz o Starlight Shores. Wiesz, ciepło, plaża, wielkie gwiazdy. Można by było otworzyć własny biznes. Zawsze chciałam być krawcową...
-Serio? Przecież nie interesujesz się modą.
-Ale tworzyć własny styl to co innego. No wiesz, można by też kogoś poznać. Albo wiem. Bar szybkiej obsługi z wiesz, z opcją zamawiania w samochodzie jak w McDonal...
-Co mówiłaś? Chcesz kogoś poznać? Nie chodzisz z Mattem?
-No... Już nie. Zerwał ze mną. Pewnie miał inną... Szkoda. Ale przebolałam...
Wstała. Ukrywała coś...
-Ej! A ty gdzie. Na kolację będzie coś po Egipsku.  Nie chcesz skosztować tutejszej kuchni?
-Ja... Nie jestem głodna... Muszę... Muszę się położyć...
-Okey.
Wydawało się to dziwne. Coś mi mówiło... Nie. To nie może być prawda. Musiałam się upewnić. Poszłam się upewnić. Dostaliśmy osobne pokoje, ja na górze, Victoria na dolę. Nie miałam odwagi zapukać. Przyłożyłam ucho do drzwi... Płakała. Weszłam po cichu. Słyszałam szepty. Nie, ktoś nie szeptał, to były myśli.
-Victoria...
-Jak tu... weszłaś? Zamknęłam na... klucz.
-Nie wiem. Może mam nadludzką siłę?
-Przestań... Przestań żartować... To jest... To jest poważna sprawa... Życia i śmierci...
-Też tak myślałam. Ale wiesz co? Totalna kicz! No sory. Klątwa? No kto to wymyślił? Nie mogli od razu tego zniszczyć? Było by lepiej jakby nawet ktoś się poświecił i to zniszczył. Wiesz jak w tym się śpi? Uciera jak cholera. Ale zawsze mogło być go...
-Ale to moja wina...
-Taaa, domyśliłam się. Nie wiem jak i poco. I nierób z tego jakiegoś głupiego dramatu.
Usiadła na łóżku i zaczęła mówić.
-No bo... Z Matem...
-Wiedziałam.
-Chodziłam do akademika. Mieliśmy ten sam... Nie wiedziałam, że to akurat "twój"Matt... Jest przecież wiele takich kolesi o takim imieniu! No i zaczęło... Jak się... Jak się dowiedziałam to powiedziałam... powiedziałam, że to koniec. Ja... Ja nie wiedziałam...
Patrzyłam na nią. Nie czułam złości. Czułam współczucie. Jej słowa były szczere. Łzy spływały jej po policzkach. Kto wie ile musiała przeżyć. Czy można oskarżać kogoś za naiwność? Usiadłam koło niej i przytuliłam.
Szłam po schodach. Dziesięć stopni. Było ciemno. Nikogo nie było. Tylko ja i ciemność. Kuchnia. Ktoś robił sałatkę. Zostawił nóż. Wzięłam go. Otworzyłam drzwi. Nie spała. Obiecałam sobie, że zrobię to po cichu, bez krzyku i krótko. Stała do mnie tyłem. Zdejmowała chustę. Chciała się przebrać. Nie zrobi tego już nigdy. Wycelowałam. Nagle odwróciła się. Krzyk. Nie Słyszałam go. Obraz się zamazał bardziej niż zwykle. Stał się czarny. Usłyszałam krzyk. Może to był mój.

Krzyk z moich ust był przeraźliwy. To niebyła moja siostra. Celowała we mnie nożem. Miałam wrażenie, ze za chwilę rzuci i wszystko się skończy raz na zawsze. Zamknęłam oczy. Krzyk. Jednak krzyczał ktoś inny. Otworzyłam je powoli. Leżała bez ruchu. Drzwi się otworzyły.
-Co się stało?! Mów!
-Ja... Ja nie wiem... Ona... Ona chciała... Chciała mnie zabić...
-Wiedziałam, że powinno się go zniszczyć. Po co czekać aż się ją uratuję?! Bierz ją. Jedziemy.
Nie wiedziałam o co jej do końca chodziło, ale wypełniłam rozkaz. Wzięłam Paulin na ręce. Popatrzyłam na jej twarz. Była chuda i blada. Na zewnątrz czekał już jeep. Weszłam na tylne siedzenie. Paulin ciągle leżała bez ruchu. Jakby umarła. Nie zauważyłam kiedy odjechaliśmy. Przez okno widziałam zbliżające się piramidy.
-Co teraz zrobimy?
-Musimy się dostać się do Piramidy Płonących Piasków.

***

I oto koniec! Nie żartuję. To koniec części trzeciej. Dziękuje za uwagę. Zapraszam za tydzień na czwartą i ostatnią część (prócz epilogu) Klątwy Elizabeth. Zapraszam. Czytajcie, komentujcie, obserwujcie. Milion i jeden całusów.
Margaret von Cats =^.^=

Pogrywaj z Historiami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz