niedziela, 25 maja 2014

Klątwa Elizabeth-część 4

Sul sul,
witam w czwartej części Klątwa Elizabeth. Jest to ostatnia część (bez epilogu, który też umieszczę). Czy uda się uratować Paulin? Zapraszam do finału.

Uwaga! Nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za: błędy interpunkcyjne, ortograficzne i fabularne. Nic nie zmieniałam w historii. Niektóre treści mogą być nieodpowiednie dla osób młodszych. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jechaliśmy w milczeniu. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Wzięłam Paulin na ręce. Teres już była przed piramidą i otworzyła drzwi. Chciałam iść tą drogą co była na mapach ale Teresa zatrzymała mnie.
-Idziemy skrótem.
-Jakim skrótem?! Mieliśmy iść piętnaście pięter, przechodzić przez wiele drzwi i ty mówisz, że jest skrót?!
-Teraz ona może w każdej chwili umrzeć.
Więc szliśmy skrótem. Dodarliśmy po pięciu minutach. Gdyby ktoś spytał się jak tam było odpowiedziałam bym: "Pamiętam tylko owoce płonące prawdziwym ogniem.".
-Połóż ją na ziemi i wsadź w jej usta owoc. Oprzytomnieje ta kilka godzin.
Zrobiłam tak.
Po kilku sekundach Paulin się obudziła.
-Victoria...
-Tu jestem...
Wstała i mnie przytuliła.
-Ja... Ja cię nie widzę...
Popatrzyłam w jej oczy. Były puste. Zawsze były w nich dwa małe ogniki, elfy, czy jak to ludzie mówią. Teraz były poste. Płynęły łzy. Z moich i jej oczu.
-Musicie się spieszyć. Niedługo może być po wszystkim.
Popatrzyłam na Teres. Niebyła już cudzoziemką. Była Cleopatrą, jej prawdziwa postać była piękna. Brak słów.
-Co... Co mamy robić... Nie wrócimy do Isla Paradiso za kilka godzin... Ona zginie...
-Weź te owoce. Niech klątwa zniknie i lud ludzki będzie spał spokojnie
Czy było w tych słowach ukryte znaczenie? Pewnie to tylko m-e-t-a-f-o-r-a. Me-ta-fo-ra. Metafora. Uczyłam się te słowo całą drogę do Egiptu. Teres wypowiedziała nieznane mi słowa w jakimś dawnym zapomnianym języku (na pewno to nie był Egipski). Poje oczy przeszyła mgła. Ostatnie co widziałam to Teres patrząca na nas z obawą co będzie później.
Nagle w moich ustach była woda. Słona woda. Nie było wątpliwości. Byliśmy w Isla Paradiso. Była noc. Paulin leżała w piasku, ja próbowałam dopłynąć do brzegu. Gdy udało mi się wyjść na powierzchnię wzięłam ją na ręce. Popatrzałam po okolicy. Byliśmy za domem Violett. Popędziłam szybko do środka. Siedziała w fotelu bujanym. Natychmiast wstała i popędziła mi pomóc.
-Daj mi owoc.
Powiedziała gdy udało nam się położyć ją na kanapie.
-Weź go!
Podałam jej z kieszeni trzy owoce które miałam. Zjadła jedno. Zmieniła się naglę o wiele młodszą i piękniejsza kobietę.
-Czas nagli. Podaj jej jeden owoc.
 Podałam jej jeden.
-Podaj jej jeden owoc. Zaraz wracam.
Popędziła z jednym do jednego z pokoi. Ja podałam kolejny owoc Paulin. Powoli się budziła. Na jej chuście było trochę piasku. Otrzepałam go i rozwinęłam chustę sprawdzając czy nie dostał się do środka piasek. W rękach miałam chustę i włosy. Wszystkie włosy. Była łysa. Zanim zdążyłam całkiem się rozpłakać obudziła się. Schowałam chustę. Uśmiechnęła się tak od niechcenia i wstała.
-Ej, gdzie idziesz?
-Nie chce mi się siedzieć na dupie i nic nie robić.
Próbowałam ją powstrzymać, ale nie chciałam robić jej krzywdy. Gdy wstała przybiegła Violett, wcisnęła w jej ręce eliksir. Paulin od razu wypiła. Przez chwilę czekaliśmy ci się stanie. Zemdlała.
Gdy nastawały ciemności nie bałam się. Dopiero teraz się boję. A czego? To co miało się stać? Sama nie wiem. Czasem mam wrażenie, że wszystko już jest ustalone z góry. Wszystko, cały nasz los. Albo ktoś nami kieruję z góry. Śmieszne. Moje ciała ogarniał ból. Wszystko mnie piekło i szczypała. Szczególnie w miejscu żołądka. Paliło strasznie. Jednak nic nie mogłam na to poradzić. sekundy zamieniały się w minuty. Minuty w godziny. Godziny w dni. Dni w lata. Całą wieczność. W końcu zaczęłam otwierać oczy. Ale nie było jaśniej. Ale były widoczne rysy różnych przedmiotów. Wstałam powoli, pierwsze co to Victoria rzuciła mi się na szyję.
-Paula...
-Mówiłam, że będzie dobrze.
Płakaliśmy razem. Raczej ona. Ja próbowałam, nie umiałam.
-Gdzie jest naszyjnik... I w ogóle co mam na sobie?
-Na szyi, nie zdejmowaliśmy go. A co do ubioru chyba nie chciałaś leżeć tydzień w tej sukni - odezwała się Violett. Była piękna w swojej postaci. - Trzeba było jeszcze obcinać ci włosy.
Dotknęłam nich. Były bardziej miękkie i długie. Teraz jest chwila prawdy. Skoro jestem nieśmiertelna i odporna na ból to zdjęcie naszyjnika nic mi nie zrobi. Wyciągnęłam rękę i zerwałam go. Nic się nie stało. Nawet nie poczułam bólu. Nic. Popatrzyłam na niego. Czułam odrazę. Zacisnęłam pięść. Został tylko proch.
-To koniec.
Victoria była nieobecna. Ani się nie cieszy, ani nic. Ale co tam. Może w środku coś czuję. Bo ja wiem. Zauważyłam lustro. Podeszłam do niego i zaczęłam się oglądać. Była bardziej sexy.
Szukałam największej zmiany. Cycki większe, oczy świecące, blada skóra, zęby bielsze.. Miałam kły. Próbowałam ustalić fakty. Czy stałam się wampirem? Wiem, że w Bridgeport są wampiry. Prowadzą kluby, są gwiazdami, jest jakaś wojna między nimi. Są jeszcze inni nadnaturalni. Wilkołaki, czarodzieje, wróżki itp. Podobno w górach jest miasto gdzie mogą żyć normalnie, jednak niektórzy mieszkają normalnie w innych miastach i się nie ukrywają lub nie pokazują swoja "naturę". Ale nigdy nie myślałam, że to mnie spodka.
-Czy tak musiało być?
-Najwyraźniej - odpowiedziała Violett.
-Czy to było jedyne rozwiązanie?
-Tak. Ale nie jesteś zwykłym wampirem. Nie działa na ciebie słońce, nie czujesz głodu, wampiry starzeją się powoli. Ty nie umrzesz. Nie będziesz miała żadnych ran, jeśli tak to zagoją się szybko.
-Zatrzymałam się w rozwoju inaczej... ALE CZEMU JA?! - odwróciłam się do niej i zaczęłam wrzeszczeć. - CZY TO MUSIAŁAM BYĆ JA?! ZAWSZE SPOTYKAŁY MNIE ZŁE RZECZY I ROZCZAROWANIA, ALE TO JEST NIENORMALNE!
Zakryłam usta dłońmi.
-Przepraszam... Ja nie chciałam...
-Rozumiem, jesteś w szoku. Musisz tu zostać i sprawdzimy jak bardzo umiesz się kontrolować i poćwiczymy. Najlepiej miesiąc.
Przytaknęłam. Miała rację. Nie kontroluję się. Poszukałam wzrokiem Victorii.Nie było jej.
-Wyszła.
-Jak to wyszła?
-Normalnie, drzwiami.
Wiedziałam gdzie jest. Pobiegłam. Nie zatrzymywała mnie. Biegałam bardzo szybko. Zanim się obejrzałam byłam już przy wodzie. Nie chciałam czekać na taxi więc wskoczyłam do wody. Pływałam znakomicie, nie tak jak przedtem. Była szybko na drugiej stronie. Szybko znalazłam się w kurorcie. Weszłam do naszego starego pokoju. Wiedziałam, że tam była. Pakowała ostatnie rzeczy do plecaka. Usiadłam na łóżku. Dopiero po kilku minutach zauważyła, że jestem.
-Hej.
-Część.
Zastanowiłam się od czego zacząć.
-Czemu uciekłaś?
Cisza.
-Brzydzisz się, że masz siostrę wampirke?
-Nie brzydzę się... Po prostu się boję.
Siedziałam do niej plecami. Odwróciłam się. Siedziała do mnie też plecami. Chciała mi się śmiać.
-To co będzie dalej.
-Nie wiem...
Znów cisza.
-Słuchaj, nie zrozum mnie źle. Ja chce to przemyśleć... Musze sobie to poukładać... To dla mnie trochę za dużo.
-Jasne... Gdzie jedziesz?
-Do domu... Za dwa miesiące rok studencki... Nie skończyłam pracy...
-Nie wzięłaś jej?
-Nie.
Znów cisza.
-Muszę jechać... Za dwie godziny mam samolot...
-Jasne. Cześć.
Nic więcej nie powiedziała.
***
Co mam powiedzieć? Minął miesiąc. Wróciłam do domu. Jednak był inny. Pierwsze co zobaczyłam to odnowiona Victoria. Przeszła na mroczną stronę mocy.
Udało nam się odnowić relację. Było ciężko, ale daliśmy radę. Ale co będzie dalej? Kto wie?

***

I to koniec historii Miji pt.: "Klątwa Elizabeth". Jeśli chcesz wiedzieć jak potoczyło się życie Paulin i Victorii zapraszam za tydzień. Będzie też moja opinia. I mam prośbę by ktoś zostawił też swoją. Bo czy tak trudno zostawić komentarz? No ale na razie to koniec, do następnego razu. Milion i jeden całusów.
Margaret von Cats =^.^=

Pogrywaj z Historiami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz